Klubowe szaleństwo w kosmopolitycznym stylu. Największe metropolie, niebanalne imprezy, oryginalne osobowości z dziedziny muzyki, kultury i sztuki. Exklusiv Black X to wyjątkowa podróż w głąb światowego nocnego życia. To 12 miesięcy dobrej zabawy i zaskakujących zwrotów akcji. Dajcie się ponieść tej gorączce! A my, starając się zachować zimną krew, będziemy waszymi oczami i uszami
REGULAMIN_KONKURSU
FORMULARZ REJESTRACYJNY
Za nimi przygody w egzotycznych miejscówkach i imprezy w najlepszych światowych klubach. Teraz przyszła opra na konfrontacje z niszowym czarem środkowej Europy. Spore wyzwanie? Niekoniecznie. Ekipa Smirnoff X w Warszawie bawiła sie naprawdę świetnie.
Do Warszawy załoga Smirnoff X zawitała w jeden z czerwcowych czwartków. Chwilę wcześniej Karim, Ania, Audette i reszta składu brylowali na sopockim Monciaku i wygrzewali się na nadbałtyckich plażach. Po wieczornych SMS-ach „co tu w ogóle można robić?” trochę obawialiśmy się, czy starczy im cierpliwości, żeby odkryć jasną stronę stolicy, ale, uff – poszło bez najmniejszych problemów. Wpiątkowe południe cała dziesiątka w najlepszych humorach stawiła się pod PKiN uzbrojona w torebki pełne truskawek i czereśni. Słońce prażyło niemiłosiernie, ale załoga Smirnoff X miała przed sobą długie godziny spędzone w cieniu kamienic i wieżowców. Oraz sporo emocji, bo specjalnie dla smirnoffowiczów przygotowana została miejska gra o frapującym tytule Enigma Warsaw. Dziesiątkę globtroterów podzielono na dwie grupy, a następnie puszczono jedną z ładniejszych stołecznych tras – przez plac Grzybowski, ulicę Sienkiewicza, plac Powstańców Warszawy aż do Ogrodu Saskiego. Po drodze, oczywiście – zadania. Dość niezwykłe, bo związane ze starą Warszawą. Na początek ekipa Smirnoff X miała odnaleźć ukryte w okolicy Pałacu Kultury tabliczki wyznaczające dawny przebieg ulic. „Ulisa Sjelna” – czytała Akona. Audette i Ania Nidzgorska-Buhr wykorzystały chwilę zamieszania i wymknęły się przymierzać okulary w hali MarcPolu. Na Próżnej obie drużyny poczuły sportowego ducha. Ich zadaniem było szybkie opanowanie podwórkowej gry w zośkę. Tu najlepiej poradził sobie Kung, który popisał się efektownymi ewolucjami piłeczką. Entuzjazm całego składu Smirnoff X wywołał lokalerski komentarz z jednego z okien: „Co to za zabawy? Idźcie się bawić gdzie indziej!” rzucony pod adresem roześmianej ekipy. Rozrywka rzeczywiście przeniosła się w inne miejsce. WOgrodzie Saskim i na zwycięską ekipę Akony, i nieco niepocieszony zespół Steph czekały nagrody, pamiątkowe monety z przedstawieniem enigmy. A tuż nieopodal – prawdziwe warszawskie specjały, śledzie i pasztety. Oczywiście U Kucharzy. Tradycyjna polska kolacja była okazją do wypróbowania kilku sytuacyjnych zwrotów po polsku. Najbardziej utalentowanym lingwistą okazał się Takashi, który oprócz „na zdrowie” pochwalił się znajomością „jak się masz”. Wieczór na sentymentalną nutę? Tak, ale i przygrywka do dalszej dobrej zabawy. Już w sobotę na Smirnoff X czekał klubowy parkiet – Vinyl i urodziny Artura8. A tam już dobrze znane imprezowe fajerwerki, najlepiej zmieszane drinki pod banderą kapitana Smirnoffa.
PO OŚMIU MIESIĄCACH PRZYGODY SĄ JUŻ PRAWIE SPECAMI OD MIĘDZYKULTUROWEGO DIALOGU. KOLEKCJONUJĄ WRAŻENIA, OGLĄDAJĄ NOWE MIEJSCA, SZLIFUJĄ KLUBOWE PARKIETY. TERAZ CZŁONKOWIE EKIPY SMIRNOFF X POJAWIĄ SIĘ W POLSCE. CEL, JAK ZAWSZE, TEN SAM: DZIELENIE SIĘ DOŚWIADCZENIAMI I JAK NAJLEPSZA ROZRYWKA
Euro 2012 dopiero za dobrą chwilę, Rok Chopinowski też. Jest wprawdzie coraz lepiej, ale polskie promo wciąż pozostawia wiele do życzenia. Tymaczasem załoga Smirnoff X nie rozdrabnia się i zamiast zadowalać się półśrodkami (kartki z bocianem, pozytywki z hejnałem z wieży Mariackiej, plany wielkich imprez za kilka lat), wybiera konkretne
rozwiązania. Ania, Kareem, Ben, Audette, Stephanie i reszta już za chwilę przyjadą do Polski by zbadać, gdzie tak naprawdę bije puls nadwiślańskich miast i klubowego życia. Plan jest napięty. Zabawowa ekipa zaczyna od Trójmiasta. Fontanna Neptuna i Długi Targ? Też, ale przede wszystkim emocje wieczornej rozrywki. Drużyna Smirnoff X w sopockich klubach miksować będzie egzotyczne drinki, których receptury zebrała w czasie poprzednich podróży. Tłem dla frapujących, nietypowych smaków stanie się film, nakręcony przez czonków ekipy podczas dotyczchasowych wojaży. Tuż po nadmorskich rozrywkach Ania Nidzgorska-Buhr wraz z całym składem przemieści się do rodzinnego
Olsztyna, gdzie prześledzi, czym jest prawdziwy mazurski chill w najbardziej stylowym i nowoczesnym wydaniu. Na sam koniec skok w drugą stronę Polski i wizyta w Krakowie. Dobra mieszczańska zabawa w miejscu z tradycjami czy szalona impreza w jednym z najbardziej energetycznych miejsc Europy? – ekipa Smirnoff X na pewno dowie się,
czym żyje teraz nocny Kraków. Również i tam pójdą w ruch shakery i dodatki do drinków, a na ekranach pojawią się migawki z podróży. Tuż potem ekipa zabierze polskie smaki i obrazy – te najbardziej żywiołowe i zupełnie nie jak z pocztówki – w kolejną, mocno rozrywkową trasę…

Wspólne imprezy,wspólne wyjazdy. Migawki z wojaży Smirnoff X teraz obejrzą polscy
klubowicze

Team spirit i uśmiechy od ucha do ucha – cechy rozpoznawcze rozrywkowej ekipy

Ekipa szykuje się do desantu. Spokojnie, zaatakują tylko krajowe kluby

Ania Nidzgorska-Buhr wraca do Polski. Ale na chwilę i po to, żeby być przewodnikiem
dla reszty drużyny Smirnoff X
Kurczak Tandoori i Samosy. Tadż Mahal i Ganges. Krowy i Bollywood. To właśnie klasyczne składniki wyprawy do Indii. Ekipa Smirnoff X naprawdę zasmakowała w indyjskich klimatach. I swoim zwyczajem dorzuciła do kotła trochę pieprzu: imprezy w modnych klubach, nocne spacery, kolacje pod chmurką i tańce w pianie.
Spotkanie z bollywoodzkim amantem przebiegało symaptycznie
Kareem uwielbia pozować
Audette filtrująca z całą załogą marynarzy
Ben w asyście gwiazd Bollywood
Mieszane towarzystwo, humory dopisują
Piana podgrzewa klubowy klimat
Takie zakupy - tylko w Indiach
John studiuje książki od ulicznego handlarza
Tegoroczną wiosnę Ania Nidzgorska-Buhr przywitała w Bombaju. Podobnie jak reszta ekipy Smirnoff X, która pojechała nad Ganges kręcić filmy, fotografować, pisać teksty, a przede wszystkim badać na własnej skórze, jak wygląda tamtejsze życie nocne. Terenowe badania nad indyjskim clubbingiem zaowocowały porcją nowych międzynarodowych przyjaźni oraz bogatą fotodokumentacją. Na zdjęciach robionych w trakcie wyjazdu widać, że drużyna Smirnoff X nie próżnowała również za dnia: Kareem z upodobaniem zwiedzał indyjskie landmarks, Ben testował lokalne taksówki, Akona i Stephanie razem z Anią oddawały się pasji zakupów na bazarach… Wycieczki po Bombaju utrwaliły opaleniznę, którą członkowie ekipy nabyli podczas niedawnej podróży do São Paulo. Pogoda w Indiach rozpieszczała, zadając kłam tytułowi kultowego filmu made in Bollywood, Czasem słońce, czasem deszcz. Do bollywoodzkiej wytwórni drużyna Smirnoff X musiała jednak pojechać. W miasteczkufilmowym ambasadorom nocnego życia udało się spotkać gwiazdy indyjskiego kina. Były rozmowy, wywiady, autografy. Wśród kiczowatych scenografii ekipa bawiła się znakomicie. A Bollywood to przecież tylko rozbieg – przyjdzie czas i na Hollywood.
Kanon wcale nie musi oznaczać nudy. Jeśli to kanon pod patronatem Vladimira Smirnoffa, trzeba szykować się na szaleństwo i świetną rozrywkę. Przekonuje się o tym jeżdżąca po świecie ekipa Smirnoff X.
Imprezowa drużyna Smirnoff X nie czeka na wiosnę. W kalendarzu wypełnionym podróżami i ekstremalną dawką zabawy pory roku potrafią się nieźle pomieszać. Nie tylko one. W tym miesiącu ambasadorzy nocnego życia opowiadają, co najchętniej łączą i wstrząsają. Zawsze z najlepszym rezultatem. Gdy codziennie zmienia się klub, a co kilka dni miasto, miło jest sięgnąć po miks, który wszędzie smakuje tak samo dobrze.
MINT-IMPERIAL – Ania miksuje go najlepiej

Cytrusowo-miętowa bomba wypełniona bąbelkami. W sam raz na kwadras na loungowej kanapie. Zielone listki to uniwersalny wiosenny akcent, dostępny przez cały rok.
DARK TZAR – specjalność Akony

Dobra propozycja dla tych, którzy chcieliby połączyć moc małej czarnej z niezobowiązującym charakterem wieczornego drinka. Pomroczny car oferuje zresztą
więcej – słodka obsypka aż chrupie w zębach.
BLACK MAGIC – poleca Stephanie

40ml SMIRNOFF Black
15ml syropu cukrowego
15ml soku z cytryny
10ml moninu jeżynowego
Czarne czary dla koneserów nocnego życia. Ulubiony drink parkietowych mistrzów i mistrzyń. Najlepiej serwować w trójkątnym kieliszku, idealnie mieszczącym się w dłoni.
RED RUSSIAN – popisowy numer Kareema

40 ml SMIRNOFF BLACK
15 ml soku z cytryny
15 ml syropu cukrowego
15 ml puree z truskawek lub malin
Sprite
Mocna i soczysta mieszanka smaków naprawdę nieźle orzeźwia. A poza tym polskiej
części ekipy Smirnoff X przypomina o malinowym chruśniaku.

Szeroki uśmiech, optymizm, otwartość na ludzi – to cechy rozpoznawcze Ani Nidzgorskiej-Buhr. Ze Smirnoff X zjeździła już kawał świata i wciąż ma ochotę na więcej. Ma szczęście, bo przed nią jeszcze wiele intensywnych miesięcy
Spotykamy się w tajskiej restauracji La Na Thai, położonej w centrum Szanghaju. Ania przebywa w Chinach od początku stycznia, razem z pozostałymi członkami ekipy Smirnoff X. Polska ambasadorka nocnego życia wręcz promienieje. Od czasu naszego ostatniego spotkania w Moskwie wydaje się bardziej pewna siebie. W trakcie rozmowy zaczyna jej brakować polskich słów – miesiące spędzone w wielojęzycznym towarzystwie zrobiły swoje. Podczas kolacji, chrupiąc gigantyczne krewetki, opowiada mi o ostatnich podróżach, które odbyła drużyna Smirnoff X. O klubach w Południowej Afryce, Argentynie i Brazylii. Do naszego stolika co jakiś czas podbiega Stephanie ze Smirnoff X, zagaduje Anię, a mnie zapewnia, że Polacy są super. Ania tylko się śmieje – jak zwykle dużo oraz głośno – i cierpliwie odpowiada na moje pytania.
Czym się teraz zajmujesz?
Pracuję właśnie nad swoim filmem, dotyczącym muzycznej sceny Szanghaju. Jestem w to mocno wkręcona, bo sztuka wideo to moja pasja. Przy okazji poznaję ludzi, odwiedzam miejscowe kluby, poszerzam swoje horyzonty muzyczne (śmiech). Zdecydowanie bardziej interesują mnie klimaty undergroundowe, brudniejsze dźwięki.
Coś ciekawego odkryłaś podczas przygotowań do filmu?
Niektóre rzeczy są dla mnie egzotyczne. Na przykład w Chinach, ze względu na wiadomą sytuację polityczną, obowiązuje zakaz jam sessions. Z drugiej strony ludzie mają totalny fun z robienia muzyki. Poznaję lokalnych artystów, rozmawiam z nimi o pracy, udziela mi się ich entuzjazm.
Wydaje mi się, że ty w podróży też bawisz się coraz lepiej.
Coś w tym jest. Po drodze docieramy się, poznajemy swoje charaktery i zainteresowania. Nie tylko razem pracujemy, ale też mieszkamy ze sobą, gotujemy, sprzątamy… No i oczywiście imprezujemy.
Sylwestra spędziliście w Austalii. Jak było?
W Austarlii dostaliśmy śmieszne zadanie: mieliśmy zbadać, która scena klubowa jest lepsza, ta w Melbourne, czy ta w Sydney. Podzieliliśmy się na dwie ekipy, ja trafiłam akurat do Melbourne, z czego się bardzo cieszę. Sydney jest pięknym miastem, ale dla mnie jest za bardzo posh, za bardzo wypieszczone. Melbourne ma lepszą atmosferę, w klubach czuć większy luz, jest mnóstwo miejsc z muzyką na żywo.
Zastanawiam się, gdzie ty magazynujesz te wszystkie wrażenia. Zmieniasz kontynenty, smaki, widoki, zapachy… Czy po pewnym czasie nie obojętnieje się na bodźce?
Nie wiem jak mają inni, ja przeżywam wszystko intensywnie przez cały czas. To moje życie, a nie zestaw kolorowych pocztówek. Gdybym podchodziła do podróży beznamiętnie, nie miałyby sensu. Każdy kraj czymś mnie zaskakuje. Mam w głowie wyobrażenie na temat danego miejsca, a potem konfrontuję je z rzeczywistością. Cieszę się, kiedy możemy się gdzieś zatrzymać na dłużej, poznać głębiej lokalną kulturę. Między innymi dlatego tak podoba mi się tutaj, w Szanghaju.
Ciekawe jak Smirnoff X odnajdzie się w Polsce. Wpadacie do nas w czerwcu, prawda?
Tak, już nie mogę się doczekać. Myślę, że będziemy się świetnie bawić. Z tego, co wiem, czekają nas wycieczki w teren. Zależy mi, żeby pokazać reszcie ekipy, że życie nocne w Polsce jest równie interesujące, co w Buenos Aires (śmiech). Trochę u nas zimniej, ale atmosfera potrafi być gorąca. Ale do czerwca jeszcze trochę… Czeka mnie teraz tournee po Azji, potem wpadamy na chwilę do Brazylii… Mówię ci, moje życie to wielka improwizacja. Uwielbiam to!
Z południowoamerykańskich wojaży ekipa Smirnoff X wróciła w komplecie. Do zespołu dołączyły dwie urocze dziewczyny: w Meksyku Audette Tafich, w Brazylii Luiza Sobral. Teraz silny imprezowy skład ruszył na podbój Azji.
Argentyna, Meksyk, Brazylia. Potem Południowa Afryka i Australia. Grafik podróży Smirnoff X jest naprawdę napięty. Bez względu na szerokość geograficzną i strefę czasową, członkowie drużyny bawią się w swoim towarzystwie znakomicie. Szczególnie że w ekipie przywrócono równowagę sił - przewagę facetów zniwelowały meksykańsko-brazylijskie eliminacje. W pełnym składzie ekipa Smirnoff X od początku stycznia testuje klimat nocnego życia w Chinach. My pojedziemy jej śladem, by w Szanghaju spędzić kolejną szaloną noc z cyklu Smirnoff Experience. Relacja z tej egzotycznej imprezy już w przyszłym numerze “Exklusiva”. Póki co, serwujemy wam migawki z brazylijskiej plaży. Patrzcie i zazdroście.

Stephanie i Takashi pozują na tle jednego z busów Smirnoff Experience, które promowały brazylijską część podróży ekipy Smirnoff X.

Luiza Sobral, dwudziestotrzyletnia studentka i dziennikarka (w środku), zebrała najwięcej głosów w półfinale eliminacji Smirnoff X w Brazylii. Na zdjęciu widać, jak świętuje z pozostałymi dziewczynami z drużyny (od lewej: Akona, Stephanie, Ania i Audette).

Ekipa Smirnoff X na plaży w Sao Paulo. Humory i stroje, jak widać, wakacyjne. Od lewej: Kareem, Kung, Ben, Takashi, Akona, Stephanie, Ania i Audette.

Morze, plaża i dla ochłody lody. Ania, Audette i Stephanie kontemplują romantyczne widoki.

Akona nie mogła się powstrzymać przed zostawieniem po sobie śladu na brazylijskim piasku.
Kiedy u nas szaleje zima, drużyna Smirnoff X szaleje za oceanem, z dala od polskich śniegów, mrozów i melancholii. Brazylia, Argentyna, Meksyk – to kolejne przystanki na trasie imprezowej ekipy.
Ostatnio widzieliśmy ją w Moskwie. Ania Nidzgorska-Buhr, polska ambasadorka Smirnoff X, opowiadała nam o swoich przeczuciach, lękach i marzeniach przed wielką podróżą. Zapewne podróżą życia, chociaż znając Anię, niejedna wyprawa jeszcze przed nią. Powiedzenie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, wymyślono chyba specjalnie dla niej. Teraz Ania ma apetyt na pikantne smaki Ameryki Łacińskiej, do której pojechała wraz z innymi ambasadorami nocnego życia. Gorące rytmy, słońce i tabasco… Tego niestety, póki co, na własnej skórze i podniebieniu nie przetestujemy. Przedsmak daje nam jednak rozmowa z Anią. Łapiemy ją telefonicznie, telepatycznie i internetowo. Specjalnie dla was.
Gdzie jesteś w tym momencie?
Jestem właśnie w Sao Paulo, w Brazylii. Przed chwilą wróciłam do swojego pokoju hotelowego. Spędziłam dzisiaj popołudnie w pięknym ogromnym parku, pełnym rzeźb i wspaniałej architektury. Park nazywa się Ibirapuera, to w nim odbywają się biennale. Co tam robiłam? Cóż, siedziałam sobie pod palmą, blogowałam, napawałam się widokami i przyjaznym otoczeniem.
A wczorajszy wieczór jak spędziłaś?
Zdaje się, że wczoraj był poniedziałek. Po całym inspirującym dniu, spędzonym w towarzystwie naszego dyrektora kreatywnego, Franka, zdecydowaliśmy się zostać w hotelu i pracować nad naszymi projektami. Teraz dopracowuję nasze drugie meksykańskie wideo. Poprzedniego wieczoru wszyscy razem poszliśmy na kolację do Villa Madalena – były tradycyjne brazylijskie potrawy, mnóstwo grillowanego pysznego jedzenia. W restauracji spotkaliśmy zresztą ludzi z brazylijskiej edycji projektu Smirnoffa, kręcących materiał o nocnym życiu. Niezły zbieg okoliczności, co? Dzisiaj wieczorem czeka nas za to ważny event, podczas którego ogłoszony zostanie dziesiąty członek naszej drużyny, zwycięzca eliminacji w Brazylii. Jak widzisz, dużo się u mnie ostatnio dzieje, nie narzekam na nadmiar wolnego czasu.
Za czym najbardziej tęsknisz?
Szczerze mówiąc, nic nie przychodzi mi teraz do głowy. Mam tyle nowych doznań, inspiracji, emocji, że nie mam nawet czasu myśleć, czego mi brakuje. Dobrze, tęsknię za przyjaciółmi.
Która część projektu sprawia ci największą przyjemność? Robicie mnóstwo rzeczy – na pewno dostajesz takie zadania, w których czujesz się pewnie, i takie, które lubisz mniej.
Nie mamy w grupie ściśle przypisanych ról. Możemy zajmować się tym, na co akurat mamy ochotę. Wydaje mi się, że na tym polega całe wyzwanie. Jeśli robisz to, co lubisz, czujesz się zobligowany dać z siebie wszystko. Taka sytuacja niesłychanie nas motywuje, skłania do ciężkiej pracy. W tej chwili, na przykład, mam ochotę odpowiadać na twoje pytania i to robię. A tak poważnie – w poszczególnych projektach dzielimy się zadaniami, przy każdym inaczej. Raz możemy wyrazić siebie za pomocą reżyserii, innym razem zostać na chwilę operatorem kamery lub zająć się robieniem reaserchu do wywiadów. Każda z tych aktywności to dla nas możliwość poznawania świetnych ludzi, odwiedzania niesamowitych miejsc. Uwielbiam to wszystko!
Podczas swoich podróży macie odnaleźć ducha globalnego nocnego życia. Łapać go za pomocą filmów, wywiadów, projektów artystycznych. Jak wypada Ameryka Łacińska i jej nocne życie? Lubisz ten południowy klimat?
Życie nocne w Ameryce Łacińskiej jest zbyt skomplikowane, by opisać je w jednym zdaniu. Argentyna jest tak inna od Meksyku, Meksyk tak różni się od Brazylii… Oczywiście można poszukać wspólnego mianownika. Gdybym miała opisać swoje doświadczenia tutaj w kilku słowach, powiedziałabym, że Ameryka Łacińska jest energetyczna, radosna, pikantna, ale ma świeży owocowy posmak.
Kręci mi się już w głowie od samych twoich opowieści. Zakładam, że jesteś nieco zmęczona. Skąd czerpiesz siły, by kontynuować podróż?
Nie wiem, czy jestem zmęczona. Jestem oszołomiona. Za każdym razem, kiedy wypływa nowy pomysł, pojawia się nowe zadanie, zapominam zupełnie o zmęczeniu. Przyjaciele z teamu nazywają mnie czasem “akcja”, dlatego, że mam w sobie tyle niewyczerpanej energii. Im więcej robisz, tym mniej jesteś zmęczona – to moja zasada.
O Moskwie wszyscy piszą, że jest wielka, dziwna, oszałamiająca. Że to miasto kontrastów: mieści w sobie zarówno świat Dzieci z Leningradzkiego, jaki i ociekający luksusem mikrokosmos, niczym z książek Oksany Robski. Po wizycie w stolicy Rosji, pozostaje mi tylko przyłączyć się do tego chóru. Moskwa to szaleństwo, feeria barw i nocne życie, które trwa przez całą dobę
Pierwsze wrażenia po wyjściu z lotniska w Moskwie są dziwne. Właściwie wszystko przypomina tu Warszawę, ale jakby nadmuchaną. Po drodze z lotniska do hotelu podziwiam przez szybę autobusu industrialne pejżaże: gigantyczne blokowiska, szerokie wielopasmowe ulice, którymi suną terenowe auta. Wszędzie błyszczą neony, połyskują lampki osiedlowych kasyn i klubów, kopuły supermarketów i kosmicznych centrów handlowych, przy których warszawskie Złote Tarasy wyglądają jak pospolity warzywniak. Im głębiej wjeżdżamy w miasto, tym robi się modniej i bardziej elegancko. Okolice Hotelu Marriott Grand, w którym będę mieszkać przez cały weekend, przypominają już dobre dzielnice Paryża lub Berlina. Insygnia lokalnego luksusu widać na pierwszy rzut oka: jest butik Louis Vuitton, jest sklep z biżuterią Tiffany’ego, w kiosku można kupić grubaśnego „Vogue’a”. Tymczasem gruba zabawa dopiero się zaczyna.

All inclusive
Do Moskwy przyjechałam wraz z grupą innych dziennikarzy i fotografów, by uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu – imprezie z cyklu Smirnoff Experience. Line up imprezy imponujący: Faithless w towarzystwie orkiestry symfonicznej, Kelis, Mark Ronson, Tom Middleton… Moskwa to również pierwszy przystanek na trasie ekipy Smirnoff X – drużyny ambasadorów nocnego życia, wśród których jest Polka, Ania Nidzgorska-Buhr. Do stolicy Rosji zjechały delegacje z wszystkich państw, które „wystawiły” swojego ambasadora. Wielobarwny, wielojęzyczny tłumek zakwaterowano przy ulicy Twerskiej, jednej z najsłynniejszych handlowych ulic Moskwy. Program pobytu ustalono napięty, ale przyjemny. Piątkowy wieczór to kolacja integracyjna, sobota to dzień wywiadów oraz wieczornej imprezy, niedziela to zwiedzanie, poniedziałek zaś – zakupy i powrót do domu. Przepustką do tego świata imprez i muzyki okazała się opaska na rękę, przypominająca te, którymi obrączkuje się gości hoteli typu all inclusive. Napis na opasce: Moscow Hospitality. Faktycznie, Rosjanie są nadzwyczaj gościnni. Ale o tym później.

Niebezpieczne związki
Wraz z Hanią Kokczyńską z „A4” ruszyłyśmy w miasto tuż po rozpakowaniu walizek. Hania chodzi co najmniej tak szybko, jak ja, wszędzie robi setki zdjęć, ma poczucie humoru, no i ładne imię, została więc moim towarzyszem na resztę wyjazdu. Dwugodzinny spacer po ulicach odchodzących od Twerskiej i Placu Czerwonego przyprawił nas o zawroty głowy, dosłownie. Na chodnikach – rzeka ludzi. W sklepach, w metrze, w przejściach podziemnych – wszędzie to samo. W powietrzu zapach dobrych perfum i zapiekanek z plastikowych bud, rozstawionych na rogu każdej, najbardziej nawet lanserskiej ulicy. Uliczni grajkowie, stoiska z pirackimi płytami, z których rozchodzi się muzyka z gatunku dance, młodzi Rosjanie jadący konno głównym bulwarem i żebrzący o karmę dla zwierząt. Żołnierze w szerokich czapkach, uciekający przez obiektywem aparatu. Sklep spożywczy w budynku ze sklepieniem pokrytym freskami i płaskorzeźbami, z wielkim kryształowym żyrandolem na środku. Kupiłyśmy w nim z Hanią wodę i Red Bulla. Pani w futrze za nami kupowała mrożone krewetki i małe solone rybki (to podobno rarytas do piwa). Spożywczak w takim miejscu? Zahaczało to o profanację. Jednak przepych wnętrz restauracji, w której jedliśmy piątkową kolację, przyćmił wszystko. Restauracja Turandot mogłaby robić za tło w Niebezpiecznych związkach. Zdobione ściany, kelnerzy w strojach z epoki, atłasowe stołeczki, na których można postawić torebkę, w menu wykwitne dania i świetne wino. A po kolacji – kawa w towarzystwie członków wszystkich delegacji. Po ciekawych rozmowach z dziennikarzami australijskiego pisma lifestyle’owego, poznaję Anię ze Smirnoff X. Wszędzie jej pełno, dużo się śmieje, mocno gestykuluje. Wydaje się wcale nie być zmęczona. My też nie, dlatego idziemy z Hanią na nocny spacer po Placu Czerwonym, razem z nami lwia część polskiej ekipy, w tym gospodarze wyjazdu z Diageo Polska, a także organizatorzy z agencji 180° PR. Kreml wygląda jak dekoracja z piernika, czujemy się totalnie bajkowo, stojąc o trzeciej w nocy tuż obok mauzoleum, w którym spoczywa Lenin. Odwiedzimy go w końcu w niedzielę w ciągu dnia, podczas gdy nasza moskiewska przewodniczka będzie pilnować naszych komórek i aparatów, których do krypty Włodzimierza Iljicza wnosić nie wolno. Nie uprzedzajmy jednak faktów, bo przed niedzielą w kalendarzu jest jeszcze sobota. Sobota, czyli impreza.

Boski Mark Ronson
Wyobraźcie sobie najbardziej wyszukane drinki, jakie tylko można. Na bazie owocowych musów, syropu klonowego i mnóstwa kruszonego lodu. Teraz wyobraźcie sobie, że popijacie te pyszne drinki, a tuż przed wami swoją muzykę miksuje uśmiechnięty Mark Ronson, ubrany w garnitur z elegancką kamizelką. Siedzicie na kanapie, machacie nóżką, a na dancefloorze poziom niżej szaleje kilka tysięcy osób. Brzmi pięknie? Tak było właśnie na imprezie Smirnoff Experience w Moskwie. Didżejski set Ronsona powalił wszystkich. Nie wiem, czy nie pokuszę się o stwierdzenie, że przyćmił nawet Faithless. A to nie było łatwe – Sister Bliss i Maxi Jazz tego wieczoru byli naprawdę w świetnej formie, wspierani dodatkowo przez członków Moskiewskiej Orkiestry Symfonicznej. Kelis rozbujała ludzi do tańca, śpiewając swój hit I’m bossy. W pewnym momencie nie można się było po prostu dostać na parkiet. Tłumy ciągnęły też do baru, przy którym barman o egzotycznej urodzie komponował prawdziwe dzieła sztuki. Napić można się było również wody – specjalnie na imprezę skonstruowano instalacje z butelek mineralnej, roznosili ją także członkowie Smirnoff X. Podczas całej imprezy kręcili filmy, mające uchwycić ducha nocnego życia Moskwy. My to samo – ale już bez kamer – staraliśmy się robić aż do białego rana. Chyba nam się to udało.
Cerkwie i rolexy
Niedzielne zwiedzanie było bardzo intensywne, a zaczęło się przyjemnym śniadaniem, złożonym z blinów i kawioru, które podano nam w tak zwanym Trading House, czyli domu należącym niegdyś do Władimira Smirnoffa. Później ruszyliśmy na podbój Kremla. Nasza przewodniczka miała ambicje, żeby pokazać nam wszystkie moskiewskie cerkwie. Faktycznie, wszystkie były piękne, no może z wyjątkiem tej, którą zbudowano niedawno (właściwie odbudowano, bo wcześniej zburzył ją Stalin), trochę na modłę sanktuarium w Licheniu. Zachwycające jest za to moskiewskie metro – wcale nie jest przereklamowane. Teraz już wiem, dlaczego Bieguni z nowej książki Olgi Tokarczuk krążą między innymi właśnie jego korytarzami. Szczególnie piękne są mozaiki na suficie stacji Majakowska oraz socrealistyczne rzeźby na stacji Teatralna. Pomnik socpatryzantów wita też przechodniów na stacji Partyzanskaja, na którą trafiłyśmy z Hanią w poniedziałek. Pojechałyśmy tam w poszukiwaniu polecanego przez przewodniki bazaru z lokalnymi specjałami: matrioszkami, podróbkami drogich zegarków i torebek. Bazar poleciła nam też fotografka Zuza Krajewska, która w niedzielę kupiła sobie na nim wypasionego złotego Rolexa (za równowartość 200 złotych). My także wróciłyśmy z niego z Hanią obładowane. Wśród moich łupów znalazł się porcelanowy jelonek, czapka z lisa z kitą (wiem, to niezbyt poprawne politycznie), torba-bazarówka, jaką niegdyś lansowało w Londynie rodzeństwo Sierków, plakaty zdobione cyrylicą oraz szalik z (podobno) owczej wełny. Wśród zakupów Hani znalazły się za to oryginalne PRL-owskie znaczki, na przykład taki z Pałacem Kultury lub z „Dniami Kultury Koszalina”, którymi za parę rubli handlował uroczy pan Piotr. Po dokonaniu transakcji, poczęstował nas nawet muskatem oraz chlebem posypanym grubo solą. To się dopiero nazywa przyjaźń polsko-rosyjska! I Moscow Hospitality.
Polska ambasadorka nocnego życia za granicą radzi sobie więcej niż dobrze. Do kulturowego tygla drużyny Smirnoff X dorzuca szczyptę polskiego humoru i ironii. Oraz całe tony pozytywnej energii.
Chcieliśmy przekonać się na własne oczy, jak Ania Nidzgorska-Buhr, zwyciężczyni Exklusiv Black X, odnalazła się w grupie innych fanów imprezowania. W tym celu pojechaliśmy aż do Moskwy, w której pod koniec września wystartował cały projekt. I to całkiem hucznie – roczną podróż zabawowej drużyny zainaugurowała impreza z cyklu Smirnoff Experience na ponad trzy tysiące osób. Gwiazdą wieczoru był zespół Faithless, który zagrał w towarzystwie Moskiewskiej Orkiestry Symfonicznej. Wcześniej udało nam się złapać Anię na konferencji prasowej w hotelu Marriott Grand przy słynnej ulicy Twerskiej. Nie było to wcale łatwe – Anię i jej kolegów oblegało japońskie MTV i tłumy dziennikarzy, miedzy innymi z „Rolling Stone’a”. Nieźle, co? Na szczęście Ania zachowała dystans do sytuacji, a napięcie co chwilę rozładowywała głośnym i zaraźliwym śmiechem.
Jak się bawisz w dniu swoich 26 urodzin?
Lepiej być nie mogło. Jeszcze nigdy nie miałam kilku tysięcy gości na swojej imprezie urodzinowej. Faithless, Kelis, Mark Ronson – myślę, że każdy chciałby mieć taki skład (śmiech).
Podejrzewasz, dlaczego akurat ty zostałaś wybrana do projektu?
Wybrano samych oryginalnych i wspaniałych ludzi. Sama się zastanawiam, na ile to kwestia przypadku. Ja z pewnością byłam na to gotowa psychicznie, moja sytuacja życiowa też była sprzyjająca. Mam mnóstwo energii, wreszcie mogę dać jej ujście! Przez ostatni rok mieszkałam w Atenach, byłam tam na stypendium artystycznym. Jestem trochę nomadem, uwielbiam podróżować, być w ciągłym ruchu.
Czy między wami – członkami drużyny Smirnoff X – wyczuwasz jakieś różnice kulturowe?
Tak, różnice są ogromne. Ale to właśnie jest pasjonujące. Samo odkrywanie siebie: kto jaki jest. Tworzymy mieszankę wybuchową. John z Kanady jest duszą artystyczną, Takashi z Japonii jest moją bratnią duszą, Stephanie z Wielkiej Brytanii jest typem wróżki, pełno jej wszędzie, Akona z Afryki troszczy się o wszystkich…
Jak właściwie żyjecie? Mieszkacie wszyscy razem?
Tak, mamy swoją bazę wypadową, czyli czteropiętrową kamienicę w Londynie. Starą, w stylu angielskim, z wąskimi schodkami, bardzo klimatyczną. Wracamy do niej teraz na kilka dni, prosto z Moskwy, a potem ruszamy w dłuższą trasę. Zaczynamy od Ameryki Południowej. Póki co, było tak, że każdy miał swój pokój, mieliśmy wspólną kuchnię, w której gotowaliśmy. To było naprawdę super.
Wyłonił się wśród was już jakiś lider, wodzirej?
Nie ma szans na jednego lidera; każdy z nas jest liderem. W drużynie jest za dużo silnych osobowości, indywidualistów. Jesteśmy na etapie docierania się, w codziennym życiu zgrywamy swoje charaktery.
Od początku zastanawia mnie jedna rzecz. Powiedz, jak można spakować się na rok?
(śmiech) Moim wielkim marzeniem było zawsze podróżowanie z małą walizeczką, a zwykle lądowałam z trzydziestokilogramowym plecakiem. Tym razem los mi jednak pomógł – nie wiedząc, czy zostanę zakwalifikowana do finału, pojechałam na wakacje do Grecji. Spakowałam się na dwa tygodnie. Żadnych zimowych ciuchów, butów, nic. I okazało się, że mam jechać do Londynu. Ale w sumie dobrze wyszło – najwyżej będę kupować sobie rzeczy po drodze.
Masz takie przedmioty, które zawsze musisz mieć przy sobie? Ulubione pod każdą szerokością geograficzną?
Okulary przeciwsłoneczne, które dostałam w prezencie, mam do nich stosunek sentymentalny. Ukochane sandały. I dobrą książkę. Ostatnio czytam dużo filozofii, akurat przechodzę fascynację Baudrillardem.
Baudrillard w Moskwie, czytany po polsku. Niezłe połączenie. Jak ci się podoba Moskwa?
Jest świetna, bardzo egzotyczna i wielka. Wczoraj byliśmy na spacerze po Placu Czerwonym. Podoba mi się tutaj, bo wszyscy Rosjanie to dla mnie artyści życia. Powinniśmy brać z nich przykład!
Ania i Tomek pojechali nad Tamizę. Spędzili szalony tydzień w towarzystwie innych fanów nocnego życia z kilku kontynentów. Kręcili filmy, biegali po mieście, rozwiązywali setki zadań. Na marginesie tej zabawy toczyła się jednak walka o finał. Spośród 18 kandydatów sztab specjalistów musiał wyłonić członków ekipy Smirnoff Ten, która przez najbliższy rok będzie eksplorować i dokumentować globalną scenę klubową.
Zacznijmy od końca, czyli od werdyktu. Nie będę stopniować napięcia i od razu zdradzę, że the winner is… Ania Nidzgorska-Buhr. To ona po długich eliminacjach została polskim ambasadorem projektu. W ten sposób dołączyła do imprezowej drużyny w składzie: Akona Siyanda Ndungane (Południowa Afryka), Stephanie Prentice (Wielka Brytania), Benjamin Rawlins Robinson III (USA), John Daniel Ross Watson (Kanada), Abdul Kareem Minhas (Kanada), Takashi Sugitsuka (Japonia) oraz Benjarit Nimboonchaj (Tajlandia). Do kompletu brakuje jeszcze dwóch osób, z Brazylii i Ameryki Łacińskiej, które dołączą do Smirnoff Ten niebawem. Tych dziesięć osób czeka 12 miesięcy życia na walizkach. Niekończące się wizyty w klubach, barach, galeriach i na festiwalach. Ich wyczyny będzie można oglądać za pośrednictwem YouTube’a, pod adresem www.smirnoff.com, a także na naszych łamach.
Bitwa w Balsamie
Tyle o przyszłości, teraz chwilkę o tym, co już było. Nasze polskie eliminacje odbyły się pod koniec sierpnia w warszawskim klubie Balsam. Redakcję w szacownym jury reprezentowali: Kasia Wilk, dziennikarka, stylistka, nasza felietonistka, a przy okazji autorka popularnego mobloga (www.pinkkaballah.moblog.pl), oraz Łukasz Kubacki, dziennikarz, mistrz kontrwywiadu oraz blogosfery. Prócz nich kandydatów oceniały także dwie psycholożki, panie Marzena Winczo-Gasik i Maria Zakrzewska. Jury przewodniczył reprezentant Diageo Polska, Tomasz Beszterda. Po całodniowych zmaganiach, rozmowach z kandydatami i testach psychologicznych, jury podjęło ostateczną decyzję: do Londynu pojadą Ania Nidzgorska-Buhr oraz Tomek Kosiński. Ta para olśniła jury swoim luzem, dystansem, poczuciem humoru, ale także pasją. Dla Ani jest nią film i sztuka wideo, dla Tomka – muzyka.
Dwoje takich, co…
Tomek Kosiński pracuje jako dziennikarz od 17 roku życia. Zaczynał we „Fluidzie”, współzakładał „A4”, potem pracował w „Laif-ie”, obecnie jest mocnym ogniwem redakcji „Aktivista” (nie musimy chyba dodawać, że to najlepszy bezpłatny magazyn o kulturze miejskiej). Tomek, powszechnie znany jako Kosakot, wciąż studiuje dziennikarstwo. Jak sam mówi, „chce skończyć studia, ale nie wie, czy one tak chcą”. Jest maniakiem deskorolki, serfuje (nie tylko po necie), ale przede wszystkim jest didżejem. Od ponad roku, wraz z DJ-em Sektą, organizuje cykl imprezowy Sorry, Ghettoblaster!. Chłopaki grają eklektycznie i dobrze, a przy okazji do tańczenia. Kolektyw powoli staje się kultowy, podobnie jak sygnowane przez niego gadżety (póki co, dizajnerskie znaczki, ale czekajcie na więcej). Tomek grywa również solo, współtworzył oprawę muzyczną do wielu pokazów mody.
Ania Nidzgorska-Buhr urodziła się na Mazurach 26 lat temu. Zna angielski, niemiecki i grecki (podstawowy). Twierdzi, że jest „otwarta na nowe wyzwania, nieustraszona i radosna”. Kiedy miała 16 lat, zaczęła podróżować po Europie z przyjaciółmi, ich ulubionym miejscem była Hiszpania. Kiedyś Ania przejeżdżała przez Austrię i zatrzymała się tam na festiwal muzyczny. W efekcie została i przez pięć lat studiowała sztuki piękne na wiedeńskiej akademii. Jej konikiem jest sztuka współczesna, szczególnie wideo-art (wystawiała nawet swoje wideo na Biennale Sztuki Nowych Mediów w Warszawie). Ania interesuje się także fotografią, planuje stworzenie z przyjaciółmi modowej marki, dla której by projektowała. Uwielbia sporty ekstremalne – skok na bungee to dla niej bułka z masłem. Dzielna dziewczyna, co?
Klabing krzepi
Ta para pojechała do Londynu. Przeżyła ekstremalny finał. Jednym z zadań było nakręcenie filmu o nocnym życiu Londynu – kandydaci mieli na to tylko 24 godziny. Kręcili i montowali na trzy zmiany, ale udało się. Bez snu, na adrenalinie, przez całą noc. W takich warunkach z ludzi wychodzą najlepsze i najgorsze cechy. Zawiązują się przyjaźnie, rodzą się konflikty. I o to chodziło, ekipa Smirnoff Ten na podobnej adrenalinie będzie funkcjonowała przez cały rok. Najważniejsze już wiecie – wygrała Ania. Ale Tomek wcale nie żałuje, że wziął udział w Exklusiv Smirnoff Black X. – Podczas mojego pobytu w Londynie poznałem naprawdę fantastycznych ludzi i bawiłem się bardzo dobrze, choć zupełnie na granicy wytrzymałości – mówi Tomek. Tym lepiej, że Ania ma doświadczenie w sportach ekstremalnych. Klabing właściwie jest jednym z nich. Trzymajcie za nią kciuki! I czytajcie o pierwszym przystanku Smirnoff Ten 28 września w Moskwie.



